O autorze
Ewa Zarychta - z wykształcenia - filolog-anglistka, z zawodu - wieloletnia lektorka języka angielskiego i tłumacz, z zainteresowań i pasji - podróżniczka, dziennikarka, blogerka (polskamuzulmanka.blog.pl) i debiutująca pisarka, współautorka książki "Księżyc zza nikabu" napisanej wspólnie z córką - Moniką Abdelaziz.

Jak żyją Kubańczycy?

stare amerykańskie auta na Kubie
stare amerykańskie auta na Kubie własne
Jest taki taniec wywodzący się z czasów, kiedy w wielu krajach, m.in. na Kubie funkcjonował jeszcze koszmar zwany niewolnictwem. Afrykańscy niewolnicy, sprowadzani i kupowani przez Hiszpanów do ciężkiej pracy, np. na plantacjach trzciny cukrowej, mogli sobie potańczyć mając spętane kajdanami nogi. Mogli wykonywać jedynie małe kroczki, ale cała reszta ciała, oprócz stóp, wykonywała bardzo zmysłowe taneczne ruchy, a na twarzy pojawiał się czasem przebłysk radości i chwilowego szczęścia.

Ten taniec jest popularny na Kubie do dzisiaj. Przybrał tylko nieco inną formę. Kajdany są niewidoczne, ale wszyscy Kubańczycy wiedzą i odczuwają na co dzień, co tak mocno krępuje ich wszelkie kroki życiowe i powoduje, że drepczą w miejscu, choć starają się w miarę normalnie funkcjonować. Starają się bardzo, ale jakim kosztem?

Pensja Kubańczyka, i to taka całkiem przyzwoita, stanowi miesięcznie równowartość 10–15 EUR. Oczywiście wypłacana jest w kubańskich pesos, czyli miejscowej walucie, która praktycznie wyszła już z obiegu. Są na rynku i monety, z napisem „Ojczyzna albo śmierć” na tzw. reszce, i są banknoty pesos, ale te funkcjonują wśród turystów jako pamiątki, bo w sklepie nie stanowią akceptowalnej waluty. Cudzoziemcy za wszystko muszą płacić tzw. CUC-ami (Cuban convertible), czyli kubańską walutą wymienialną i zaopatrywać się w miejscowych Habanexach, przypominających trochę nasze polskie niegdysiejsze sklepy Pewex, ale skojarzenie to wynika wyłącznie z faktu, że należy w nich płacić walutą wymienialną.

Zaopatrzenie w żadnym wypadku nie dorównuje temu z polskich pewexów, gdzie sprzedawano towary luksusowe, markowe dżinsy i zachodnie kosmetyki. Ceny w tych kubańskich CUC supermarketach są bardzo wysokie, a asortyment pozostawia wiele do życzenia – dostępny jest jeden rodzaj szamponu do włosów, jeden rodzaj proszku do prania, mydło, ze dwa, czasami trzy rodzaje wędliny, niekiedy mrożone podudzia z kurczaka lub wątróbka. Dość powiedzieć, że za CUC wszyscy muszą kupować wodę mineralną, jeśli takiej chcą się napić, masło, jeśli chcą sobie posmarować bułkę, alkohol kubańskiej produkcji, jeśli chcą się lepiej poczuć, a nawet takie artykuły pierwszej potrzeby, jak papier toaletowy, jeśli chcą się (oględnie to nazywając) obetrzeć.
Mimo tak wysokich cen, w Habanexach zaopatruje się wielu Kubańczyków. Skąd mają tę walutę wymienialną, i to w takiej ilości, że czasami zostawiają w kasie równowartość swojej dwuletniej pensji? Przypuszczalnie są to obywatele związani politycznie i powiązani gospodarczo z rządzącym reżimem, albo ci, którzy pracując mając dostęp do turystów – taksówkarze, kelnerzy, barmani, muzycy i personel hotelowy. Ci drudzy jednak aż tak walutą wymienialną nie szastają.

Na dole sąsiedniego bloku, gdzie mieszkałam w Hawanie, w porządnej dzielnicy Vedado z nadmorską promenadą, znajdował się sklep spożywczy „za pesos”. Oczywiście już pierwszego dnia po przylocie postanowiłyśmy z koleżanką, że zaopatrzymy się tam na najbliższe kilka dni w podstawowe artykuły, żeby przynajmniej śniadania jadać w tym luksusowym dwupoziomowym penthousie, który stanowił naszą kubańską kwaterę. Udało nam się kupić trochę cukru, pół kilograma czerwonej fasoli (na fasolkę po bretońsku) i kilka puszek cytrynowej lemoniady, jako składnik do drinków na bazie rumu Havana Club. To było wszystko, co mogło nam się ewentualnie przydać i było w venda libre, czyli w wolnej sprzedaży. Reszta towarów, w bardzo ograniczonym asortymencie, była na kartki. Sklep wyglądał wewnątrz jak jakiś prowincjonalny GS (Gminna Spółdzielnia) pół wieku temu w Polsce! Towar na kartki w workach, waga szalkowa do odważania tego towaru na ladzie, napis na ścianie „Fidel wśród nas”, a półki całkowicie puste.

Któregoś dnia, dopijając na tarasie poranną kawę, dostrzegłyśmy, że ludzie wychodzą z tegoż sklepu z całymi metlesami jajek. Śliniąc się na myśl o naleśnikach, które sobie usmażymy i zjemy z rozgniecionymi bananami lub owocami guajawy, albo o jajecznicy z pomidorami i cebulką, zakupionymi na pobliskim targu warzywnym za pesos, rzuciłyśmy się na dół – windą oczywiście, nie skokiem z tarasu. Od razu ustawiłam się w kilkuosobową kolejkę „za jajkami”. Kiedy przyszła moja kolej do kupowania, najpiękniej, jak tylko potrafiłam, z uśmiechem i w pokłonach, poprosiłam o 10 jajek. Słusznej postury ekspedientka siedząca za ladą odpowiedziała: - Jajka są dzisiaj tylko na kartki.

- A nie dałoby się tak dziesięciu w venda libre? – nie daję za wygraną.
– Drożej zapłacę.
- Nie ma to nie ma, na karki są – odpowiada nieugięta sprzedawczyni.

Odeszłam od lady mocno niepocieszona, szczególnie że prawie już czułam ten smak jajecznicy z pomidorami i cebulką. Był tak blisko. Widzę, że młody chłopak na stoisku obok, od którego wcześniej kupowałam fasolę i lemoniady, kiwa do mnie ręką. Podeszłam bliżej, a on pochyliwszy się nieco zza lady w moją stronę, mówi ściszonym głosem:

- Przyjdźcie około osiemnastej, może zostanie trochę jajek z kartek i będą w wolnej sprzedaży.
- Bardzo, bardzo dziękuję, ale czy nie mógłby pan zostawić nam dziesięciu jajek do godz. 19.00? - Bo jedziemy do Starej Hawany i mamy dość intensywne plany zwiedzania na dzisiaj, wrócimy około 19.00. – Kochaniutki, bądź tak dobry – czaruję.

Małgosia, towarzysząca mi koleżanka, zorientowawszy się, że dobrze mi idzie i jest szansa na jajka, łapie mnie za ramię i idzie za ciosem.

- Zapytaj go, czy nie może nam zostawić całej metlesy – 30 sztuk.

Oczywiście, że może. Nie ma problemu. Wieczorem, po odebraniu jajek, miałyśmy wrażenie, jakbyśmy wyszły z kiosku „Ruch” z filmu „Miś”, gdzie sprzedawało się nie tylko szampon Samson, ale także mięso spod lady. Nazajutrz z samego rana, jeszcze przed zwiedzaniem, udałyśmy się do Habanexu po majonez oraz mąkę do naleśników. A przy okazji udało nam się kupić skondensowane mleko czekoladowe w puszce, którym polewałyśmy później naleśniki z bananami.

Cała ta akcja z jajkami była dosyć zabawna, ale jak się dobrze popatrzy na sytuację Kubańczyków, na ich codzienne zmaganie się z problemem co włożyć do garnka, to ten uśmiech z twarzy szybko znika. Wielu Kubańczyków odbiera ze sklepów tylko to, co należy im się na kartki. Rozmawiałam z kobietami, które do sklepów nie chodzą w ogóle, a do kartkowych przydziałów dokupują jedynie jakieś warzywa i owoce na targu. Kilka lat temu, w przypływie dobroci i troski o naród, Fidel Castro zezwolił na hodowlę prosiaków, kur niosek i kurczaków w miastach. Ludzie hodują je na balkonach w blokach i na przydomowych podwórkach. Można wówczas mieć swoje jajka, czasem zarżnąć kurczaka, a na święta nawet prosię. Pianie koguta nad ranem w nowoczesnej hawańskiej dzielnicy Vedado szybko przestało mnie dziwić, choć czasami mnie budziło.
Któregoś dnia moja kubańska przyjaciółka zaprosiła nas w odwiedziny do jej ojca, który mieszka w małej nadmorskiej miejscowości. Ojciec i ta część rodziny, która z nim mieszka, są prawie samowystarczalni. Hodują, oprócz prosiaków, kury, króliki, a nawet gołębie. W niewielkim ogródku uprawiają bataty, fasolę, paprykę, kapustę, chilli, a także zielone i żółte banany. Mają wszystko, czego im potrzeba, żeby nie umrzeć z głodu. Nawet piaszczystą plażę mają w zasięgu spaceru. Jest rekreacja i rozrywka. Wcale nie tęsknią za Hawaną, z której się kiedyś wyprowadzili. Jedyne, za czym tęsknią, to godne życie w swoim własnym kraju. A jak ono wygląda, pamięta już tylko to najstarsze kubańskie pokolenie.
Zapraszam także do lektury naszej (mojej i mojej córki Moniki Abdelaziz) książki o współczesnym Egipcie pt. „Księżyc zza nikabu”.
Trwa ładowanie komentarzy...