Czy coś się zmienia na Kubie?

własne
Kuba to namacalny, okrutnie prawdziwy dowód na to, że żadne współczesne państwo, nawet bogate, nie jest w stanie normalnie funkcjonować w oderwaniu od światowej gospodarki, w kompletnej izolacji od międzynarodowych realiów politycznych, gospodarczych i społecznych, które bezwzględnie wymuszają nawiązywanie sojuszów, zawieranie wielostronnych umów o współpracy gwarantującej postęp w wielu dziedzinach życia i postęp w rozwoju ludzkości w ogóle.

A ta cierpiętnicza kubańska niezależność istnieje tylko i wyłącznie po to, żeby zaspokoić chore ambicje dyktatorskiej władzy, wmawiającej na wpół głodującemu społeczeństwu, że to wszystko dla dobra najuboższych. Nikt zapewne nie neguje szlachetnych założeń i dobrych intencji rewolucyjnych zrywów, ale w sytuacji, kiedy dobre intencje przekształcają się w dyktaturę, a świat idzie w międzyczasie o 60 lat do przodu, jaki jest sens wymachiwania sztandarem na rozsypującej się barykadzie?

Propaganda na Kubie jest tak uderzająca i wszechogarniająca, że przyjezdnym aż zapiera dech w piersiach. Osiągnęła taki poziom groteski, że zdziwienie obcokrajowców często zamienia się w śmiech.
Zwiedzając hawańskie Muzeum Rewolucji, uprzednio słono zapłaciwszy za bilet wstępu, kilka razy nie udało mi się zachować należytej powagi i po prostu parsknęłam śmiechem. Przy ogromnym portrecie Fidela Castro z napisem "Ojczyzna albo śmierć" jeszcze się jakoś trzymałam wiedziona po muzealnych salach zaciekawieniem i zdumieniem. Ale kiedy nagle stanęłam przed makietą przypominającą do złudzenia szopkę bożonarodzeniową, nie wytrzymałam. Makieta przedstawia rzeczywistych rozmiarów Che Guevarę oraz Camilo Cienfuegos (też rewolucjonistę) biegnących przez fragment dżungli, w której zarówno drzewa i krzaki, jak i postacie biegnących, oświetlone są jak choinka. Takie właśnie skojarzenie z szopką nasunęło mi się natychmiast, choć nastolatek mógłby zapewne pomyśleć, że to scena z gry komputerowej.

Za rewolucyjną dżunglą zwiedzający wchodzą bezpośrednio do "zaułka kretynów", gdzie na ścianie wymalowane są karykatury czterech, zdaniem kubańskich rewolucyjnych przywódców, największych idiotów świata, którzy swoim życiem kolejno dali impuls do wybuchu rewolucji, jej zwycięstwa, następnie umocnienia oraz wiecznego trwania jej idei. Ci głupcy to Fulgencio Batista - ostatni prezydent Kuby obalony przez rewolucję, Ronald Reagan, George Bush Sr. i George W.Bush. Ten ostatni jest nie tylko "kretynem" ale chyba jeszcze analfabetą, bo trzyma w rękach książkę otwartą do góry nogami.

Jednym z eksponatów jest także pierwszy na Kubie nadajnik radiowy, skonstruowany na potrzeby propagandowe i podarowany Fidelowi Castro przez kubańskiego konstruktora w celu powszechniejszego szerzenia idei rewolucyjnej.

Po śmierci El Comandante jego wizerunki wcale nie zniknęły z prywatnych mieszkań i miejsc publicznych. Wręcz przeciwnie, pojawiły się nowe, np. "Fidel siempre con nosotros" (Fidel zawsze z nami), co osobom z mojego pokolenia nieodparcie kojarzy się z hasłem "Lenin wiecznie żywy". Ciekawe, jak długo ten kult rewolucyjnych przywódców będzie jeszcze funkcjonował na Kubie w takiej formie?

W poczekalni na dworcu autobusowym w mieście Trinidad, choć dworzec to za dużo powiedziane o tych obskurnych pomieszczeniach, wystawa zdjęć Fidela Castro, upamiętniająca żywot narodowego dobroczyńcy. Widać, że wystawka dopiero co, świeżutko, pośmiertnie zmontowana.

W Hawanie w każdym jednym sklepie i na ulicznym stoisku warzywniczym - co najmniej jeden portret "ojca narodu" albo Che Guevary, okraszony jakimś adekwatnym propagandowym hasłem.

Pytam moich znajomych Kubańczyków, czy coś się zmieniło w ich życiu po śmierci Fidela Castro. - Nic, niestety nic - odpowiadają. - A jak umrze Raul Castro? - dopytuję dalej. - Też przecież jest już stary. - [i]No esperanza -[i] mówią (nie ma nadziei). - Władzę przejmą generałowie i dalej będzie tak, jak jest. Oni się już za dobrze urządzili, żeby oddać raz zdobytą władzę. Opozycja na Kubie istnieje, ale system oficjalnej i nieoficjalnej kontroli i inwigilacji, donosicielstwa i represji wobec dysydentów jest tak rozbudowany i dokuczliwy, że istnieje znikoma szansa, aby Kubańczycy doprowadzili do jakichś zmian własnymi siłami. Wiele osób liczy na cud, który być może pojawi się z zewnątrz, ale wielu Kubańczyków popadło w swoiste otępienie i bezsilność pomieszaną z przyzwyczajeniem. Trochę trudno się temu dziwić, bo przecież ludzie młodzi, a nawet ich rodzice, nie znają innego życia niż to w wyjątkowym stanie wiecznie podtrzymywanego ognia rewolucji.
Niestety, "Cuba NO libre" i wszystko wskazuje na to, że jeszcze długo nie będzie, choć wszyscy się teraz spieszą zobaczyć Kubę, zanim przestanie ona być jaskrawym symbolem komunistycznej rewolucji. Chyba nie ma się co aż tak spieszyć....
Trwa ładowanie komentarzy...