Hiszpański katolicyzm czy huczne obrzędy odpustowe

Kościółek św. Anny w Mijas Pueblo
Kościółek św. Anny w Mijas Pueblo własne
Ilekroć jestem w Hiszpanii i mam okazję uczestniczyć tu w tradycyjnych obrzędach religijnych - procesjach odbywających się w Wielkim Tygodniu poprzedzającym Wielkanoc, czy obchodach świąt patronów poszczególnych miast i miasteczek andaluzyjskich, zastanawiam się nad jednym.... Czy te procesje są dla Hiszpanów głębokim przeżyciem duchowym, związanym z ich katolicką wiarą, czy są raczej tradycją kulturową przypominającą np. corridę czy festiwale flamenco?

Zawsze mówiło się o tym, że Hiszpanie to najbardziej katolicki naród w Europie. Nie bardzo wiem, na podstawie jakich statystyk tak szacowano, gdyż kościoły, zarówno te w dużych miastach, jak i na prowincji, świecą pustkami. W andaluzyjskim białym miasteczku Mijas Pueblo mieszkam w najstarszej, typowo hiszpańskiej dzielnicy o nazwie Barrio Santana. Nazwa tej dzielnicy nie pochodzi jednak od nazwiska słynnego gitarzysty Carlosa Santana, jak początkowo sądziłam, lecz od kościoła św. Anny (Santa Ana), który wraz z zabytkowym placem Plaza de Siete Canios stanowi centralny punkt dzielnicy.

Po raz pierwszy odwiedziłam ten wybudowany na przełomie XVII i XVIII w. kościółek, zwany wcześniej Kaplicą Naszej Pani Remedios, podczas pierwszego mojego dłuższego pobytu w Mijas Pueblo. Przechodząc w któryś z sobotnich wieczorów obok kaplicy zobaczyłam uchylone drzwi i weszłam do środka. Trochę z ciekawości, a trochę dlatego, że chciałam, chyba podświadomie, poczuć, że jestem tu u siebie, w swojej nowej lokalnej społeczności, wśród swoich, w moim drugim domu i w mojej nowej parafii. Miałam też niezłomne przeświadczenie, że moja nieżyjąca już mama, imienniczka patronki tego parafialnego kościółka, jakimś cudem, czy swoją gorliwą modlitwą w raju, doprowadziła do pomyślnego zakończenia transakcji zakupu przeze mnie mieszkania w tym pięknym pueblo, gdyż w pewnym momencie wszystko wyglądało na to, że transakcja nie zostanie sfinalizowana, a ja poniosę ogromną stratę, finansową i emocjonalną.

Poczułam potrzebę modlitwy i weszłam do bardzo starego, o surowym i skromnym wystroju, wnętrza kościoła. Drzwi były otwarte, bo okazało się, że właśnie odbywa się msza święta. Przycupnęłam w ostatniej ławce i przeliczyłam, że razem ze mną i z księdzem, tylko czternaście osób uczestniczy w tej liturgii - dwanaście kobiet i jeszcze jeden mężczyzna, nie licząc odprawiającego mszę księdza. Wszyscy w podeszłym wieku. W maleńkiej kaplicy zmieściłoby się jeszcze drugie tyle wiernych. To i tak zatrważająco mało, jak na parafialny kościół w tak dużej i gęsto zaludnionej dzielnicy. W tak mocno katolickim kraju, jakim wydawała się być Hiszpania.

Zorientowałam się, że msza niedawno się zaczęła, bo jedna z uczestniczek podchodziła właśnie do maleńkiej ambony przy ołtarzu, gdzie odczytała fragment Biblii. Następnie ksiądz wygłosił krótką homilię. Mówił bardzo ciepłym i kojącym głosem. Choć nie wszystko zrozumiałam, poczułam w duszy jakiś rodzaj pokrzepienia i przynależności do tej małej lokalnej wspólnoty.
Ciągle mnie jednak dziwiło to, że w kościele jest tak mało osób. Pomyślałam, że może msza odprawiana była w jakiejś specjalnej intencji i niewiele osób o niej wiedziało. Ale nie! Z tablicy ogłoszeń, na którą później zwróciłam uwagę, wynikało, że jest to jedyna msza święta w tygodniu. Właśnie ta "niedzielna". A odbywa się w soboty o godzinie 20.00, ponieważ ten sam ksiądz w każdą niedzielę o 11.00 przed południem jeździ do sąsiedniego San Pedro, aby odprawić cotygodniową liturgię w tamtejszym kościele.

Jak to więc jest z tą katolicką wiarą Hiszpanów? Są ochrzczeni, zarejestrowani w kościele i na tym koniec? Statystyki robią kościelne rejestry? Jak w Polsce?

A może Hiszpanie nie chodzą do kościoła, ale się modlą? A może nawet się nie modlą, ale mimo to są ludźmi religijnymi? W buddyjskiej stupie w pobliskiej Benalmadenie widuję znacznie więcej osób na grupowych medytacjach niż tu, w hiszpańskim kościele na katolickiej mszy.
A może rację miał Osho (słynny choć kontrowersyjny indyjski mistrz duchowy, osoba oświecona), który dowodził, że religijności w żadnym wypadku nie można utożsamiać z chodzeniem do kościoła czy innych świątyń, ani z uczestniczeniem w zbiorowych obrzędach religijnych. Według Osho, religijność to afirmacja życia, przyjmowanie wszystkiego, co życie daje i umiejętność cieszenia się tym, bez względu na przypisane istocie ludzkiej wyznanie. Ważne jest także współczucie. Człowiekiem głęboko religijnym może być ten, który nigdy nie przestąpił progu żadnej świątyni, ale jest osobą uduchowioną.

Obserwując Hiszpanów na co dzień, poznając ich mentalność, otwartość na siebie nawzajem i na życie w ogóle (o czym już wcześniej pisałam), dochodzę do wniosku, że są ludźmi w dużym stopniu religijnymi pomimo faktu, że kościoły świecą tu pustkami.
Co więcej, często jest tak właśnie, że tam, gdzie w świątyniach są tłumy, wierzący są wierzącymi tylko z przypisania, a religijności nie ma w nich ani krztyny.

O hiszpańskich procesjach następnym razem.
Polecam również artykuł "Apostazja - hańba czy zaszczyt" mojej córki Moniki Abdelaziz, opublikowany na jej blogu www.monikaabdelaziz.natemat.pl, a także lekturę naszej wspólnej książki o współczesnym Egipcie pt. "Księżyc zza nikabu" www.facebook.com/ksiezyczzanikabu
Trwa ładowanie komentarzy...